sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 1: Czas pożegnań


Olivia z płaczem wbiegła do jej nowego pokoju. Ledwo przyjechali, jej rodzice znów zaczęli się kłócić.

-Mam tego serdecznie dość! Chcę się stąd wyrwać! - krzyknęła po czym osunęła się po ścianie. Była bardzo uczuciową osobą, która miała mnóstwo tajemnic. Sądziła jednak, że jej rodzice ukrywają dużo więcej niż ona. Wytarła łzy rękawem wstała i podeszła do okna. Mieszkali w domku jednorodzinnym. Widać było stąd panoramę Londynu. Musiała przyznać, że rodzice jakoś nie przywiązali wagi do wystroju jej pokoju. Był ładny. Tyle co można o nim powiedzieć. Nie był ani trochę przytulny. Nie był po prostu jej. Stało tu eleganckie piętrowe łóżko z baldachimem, duża szafa, biurko, toaletka, stolik, pufy i telewizor. Na ścianie znalazła kilka półek i lustro. Tyle. Resztą musiała zająć się chyba sama. Otworzyła elegancką, zdobioną walizkę. Sama nie wiedziała jak jej mama zdołała upchnąć tam tyle rzeczy ! To graniczyło z cudem. Walizka jakby... nie miała dna. Wyciągnęła z niej zdobioną kryształkami białą skrzynkę na kluczyk. Usiadła. Wyciągnęła spod bluzki naszyjnik. Był on niezwykły. Dostała go kiedyś od mamy. Diamentowy motyl trzymający zdobiony kluczyk. Otworzyła skrzynię. Wszystko co cenne trzymała właśnie tam i nie chodziło tu o klejnoty, czy biżuterię. Znajdowały się tam zdjęcia, pamiętniki, rysunki, listy, pamiątki po babci. Jednak skrzynia skrywała coś jeszcze. Był to zestaw pięknych zdobionych sztyletów, łuk, strzały, lina do wspinaczki i jej największy skarb. Róża, która została przez nią zerwana bardzo dawno temu , a która do tej pory nie zwiędła. Trzeba przyznać, że Olivia kochała ryzyko, walkę i to wszystko, co było zabronione lub jakimś sposobem nienormalne, magiczne. Kochała być sobą. Przeglądanie pudła przerwał krzyk jej mamy. Wstała przestraszona i zbiegła na dół. W salonie stał ciemnowłosy mężczyzna w pelerynie. Popatrzyła na niego zdziwiona, jednak nie wypowiedziała ani słowa.

-Witaj Olivio, nazywam się Neville i jestem nauczycielem w szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. - przedstawił się.



* * *





Olivia nie była zaskoczona tym, że jest czarownicą. Bardziej zaskoczyła ją reakcja rodziców. Edward – tata Olivii był strasznie zły. Nie da się tego inaczej opisać. Co chwilę patrzył to na mężczyznę, to na swoją żonę – Eleonorę. Ta natomiast siedziała skulona wpatrując się w swoje buty. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zanim się spostrzegła razem z panem Nevilem i mamą znalazła się na ulicy Pokątnej. Zdziwił ją fakt, że Eleonora doskonale wiedziała, gdzie po co iść. Jednak najdziwniejszy było to, że jej mama miała skrytkę w banku ze-zbyt-skomplikowaną-nazwą, w którym pracowały gobliny. Całkiem sporą skrytkę.

-Co chcesz najpierw kupić skarbie? - spytała Olivię. Dziewczyna nie musiała się długo zastanawiać.

-Chcę iść po różdżkę mamo. - powiedziała. Eleonora tylko się uśmiechnęła. I zaprowadziła ją do małego sklepiku.

Olivia okazała się wybredną klientką. Ciężko było dopasować do niej różdżkę. Nagle dziewczyna potknęła się i upadła, a spod jej bluzki wyłonił się naszyjnik. Sprzedawca popatrzył na niego, a później na Eleonorę.

-Zastanawiające... - zniknął na chwilę za regałami po czym wrócił z różdżką. - Spróbuj tą.

Ta różdżka była inna niż pozostałe. Olivia to czuła. Kiedy nią machnęła wydobyła się z niej niebieska smuga.

-Tak to jest to! 12 cali, orzech włoski, włókno ze smoczego serca, sztywna i bardzo elegancka. Będzie ci dobrze służyć. - powiedział z uśmiechem.

-Dziękuję. - powiedziała Olivia. Zapłaciła kilka śmiesznych złotych monet, które inni nazywali „galeonami” i wyszła ze sklepiku. Po naprawdę długich zakupach (nie zapomniała kupić sobie zapasu ciuchów! ) jej ekwipunek był kompletny. Olivia dostała też małą, śnieżnobiałą kotkę, którą nazwała Mgiełka. Zmęczona i wyczerpana wróciła do domu. Od razu wczuła napiętą atmosferę więc szybko udała się do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Niedługo potem usłyszała wrzaski rodziców. Usiadła na swoim łóżku, skuliła się i przytuliła Mgiełkę. Z jej oczu mimowolnie poleciały łzy... Lily nie spała tej nocy. Łzy jej na to nie pozwoliły. Dopiero nad ranem zmęczona płakaniem zasnęła.





* * *





Lily siedziała przy oknie głaszcząc swoją sowę Morganę.

-Na pewno wszystko spakowałaś Liluś? - usłyszała głos mamy. Westchnęła. Ile razy można pytać się o to samo?

-Tak mamo, na pewno. - odpowiedziała podchodząc do mamy. - Nie musisz się tak martwić jestem już duża.

-Wiem skarbie, jednak nie potrafię się do tego przyzwyczaić. - powiedziała Ginny przytulając córkę. - Obiecaj, że będziesz pilnować tych nicponi i nie narozrabiasz zbytnio.

-Zbytnio? - w oczach Lily pojawiły się wesołe iskierki.

-Zbytnio. - potwierdziła Ginny z uśmiechem na twarzy.

-Obiecuję mamo. - powiedziała Lily.





* * *

Tak oto jest kolejny rozdział. Osobiście uważam, że mi nie wyszedł. Ale cóż... Dobra nie będę wam tu narzekać :)

Piszcie co sądzicie ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz