wtorek, 11 sierpnia 2015

Rozdział 2: Mój najbardziej wyczekiwany dzień w roku


Słońce wstało wcześnie tego dnia. Wiele dzieci w Anglii czekało na ten poranek. Niektórzy powitali go z radością, inni – ze smutkiem, że muszą opuszczać rodzinne domy.

-Albus spakowałeś te skarpetki, które Ci wczoraj kupiłam? - zawołała Ginny z przedpokoju zapinając płaszcz.

-Tak mamo. Pytasz się o to czwarty raz.

-Ostatnio pytałam się pięć, a i tak znalazłam je później u ciebie na dywanie. - zauważyła Ginny.

Albus otworzył usta, ale nie potrafił znaleźć odpowiedniego uzasadnienia dla zdarzenia, które miało miejsce dokładnie rok temu.

-No właśnie. - powiedziała pani Potter i poszła na górę. Zapewne chciała sprawdzić, czy Albus rzeczywiście spakował skarpetki.

Gdy tylko ucichło stukanie obcasów pani Potter Lily i James wybuchnęli śmiechem.

-Z czego się śmiejecie? - zapytał zirytowany Albus.

-Kochany braciszku dobrze pamiętamy tą akcję ze skarpetkami... - powiedziała Lily.

-I tego wyjca od mamy także... - dodał James znów wybuchając śmiechem.

-Ha ha ha, naprawdę, bardzo zabawne. Ha ha ha... - Albus robił się coraz bardziej zirytowany.

-A pamiętasz James później ten nagłówek w Czarownicy? - zapytała Lily.

-Chodzi ci o ten artykuł z cytatami wyjca mamy? Pamiętam i to bardzo dobrze!

-MOŻECIE ŁASKAWIE ZNALEŹĆ SOBIE INNE ZAJĘCIE A NIE MNIE WKURZAĆ?! - Albus był już baaaaardzo zirytowany.

Lily i James natychmiast przestali. Znali granicę i chyba właśnie ją przekroczyli. Na szczęście w tym momencie do przedpokoju weszli rodzice. Wszyscy natychmiast umilkli i wyszli z domu.



* * *



Olivia siedziała z naburmuszoną miną na tylnym siedzeniu samochodu.

-Oni znowu się kłócą Mgiełka... ZNOWU. Ja rozumiem, że rodzice czasem się kłócą, ale oni kłócą się nawet jak się nie kłócą. To chyba odstaje od normy... - powiedziała cicho do kotki.

Zresztą jej rodzice pewnie nie zauważyliby, gdyby to wykrzyczała. Byli zbyt zajęci. Kłóceniem się. Olivia w tej chwili żałowała, że nie wzięła ze sobą swoich nowych słuchawek, ale przypomniała sobie, że przecież w świecie czarodziejów nie działają TAKIE rzeczy. Szkoda. Lubiła słuchać muzyki. Wyciągnęła za to z torebki swój pamiętnik i ulubione pióro i zaczęła pisać...



* * *



Lily była właśnie jedyną rzeczą chroniącą braci Potterów przed skoczeniem sobie do gardeł. Siedziała na środkowym miejscu w samochodzie i bardzo chciała już stąd wyjść. O co poszło? James znów zaczął dokuczać Albusowi tym, że należy do Slytherinu, a Al był przewrażliwiony na tym punkcie.

-MOŻECIE WRESZCIE PRZESTAĆ I NIE WRZESZCZEĆ MI NAD UCHEM?! - tak, Lily zdecydowanie posiadała niezły temperament.

Podziałało, bracia się przymknęli, jednak Lily widziała jak co chwila przesyłali sobie wrogie spojrzenia.

-Mamo, daleko jeszcze? - zapytała w końcu. Ginny się tylko uśmiechnęła.

-Już dojeżdżamy.



* * *



-Daleko jeszcze? - spytała znudzonym głosem Olivia.

-Nie skarbie, już dojeżdżamy. - odpowiedziała jej matka.

Dziewczynę jednak nie zadowoliła ta odpowiedź.

-Już, to znaczy ile?

-Pięć minut kochanie.

Olivia westchnęła. Pięć minut dla jej matki niekiedy okazywało się całą godziną, miała nadzieję, że tym razem pięć minut rzeczywiście okaże się pięcioma minutami. Po pięciu minutach okazało się, że raczej nie. Zrezygnowana skupiła swój wzrok na widoku za oknem. Na szczęście pięć minut było tylko dwa razy dłuższe i przed panną Gastrenge chwilę później malował się dworzec główny.



* * *



Dojechali na dworzec zaskakująco szybko, bo na peronie 9 i 3/4 byliśmy za dwadzieścia jedenasta. I znów ten sam schemat. Wyjść z samochodu, wziąć kufry, przebiec przez barierkę,przeżyć to gapienie się ludzi na Wybrańca i spróbować nie krzyknąć na cały peron „ Tak to TEN Harry Potter, który zabił Voldemorta, ocalił świat i jest Wybrańcem a ja jestem jego córką, więc weźcie się odczepcie i łaskawie przestańcie na nas gapić jak na wyjątkowo ciekawe zwierzęta w ZOO!!!” ... Tylko tym razem było jakoś tak inaczej... Bo tym razem Lily też wsiadała do Expresu Hogwart. Tym razem to wieźli też jej kufer. Tym razem ona też miała trafić do Hogwartu. Po przebiegnięciu przez barierką poczuła się inaczej niż poprzednim razem. Na peronie były tłumy. Jednak i przez te tłumy widzieli kilka znajomych twarzy. Z daleka zauważyli Hugona i Rose z rodzicami. Potterowie podeszli do nich prędko. Hugo był zdenerwowany, a Rose, jak zwykle, podekscytowana. Zaczęliśmy rozmowę. Niedługo potem dołączyli do nas Chris i Fred – najlepsi przyjaciele Jamesa. Rozmowa zeszła trochę na Quidditch, a później na Hogwart i jego domy... Oczywiście zaraz zaczęła się kłótnia między moimi braćmi (dlatego ja zazwyczaj unikałam tego tematu). Już miałam im przerwać kiedy wplątali w tom MNIE.

-Jesteś czarną owcą w rodzinie Albusie. Pogódź się z tym wreszcie.

-Skąd wiesz? Przecież Lilka jeszcze nie została przydzielona do żadnego domu.

-Popatrz tylko na nią. Przejrzyj na oczy! Przecież to urodzona gryfonka! I nie trafi nigdzie indziej.

-Jamesie Syriuszu Potterze – zaczęłam siląc się na spokój. - Jeśli ktokolwiek może decydować o tym do jakiego domu będę należała to będę to JA. I tylko JA mam prawo wypowiadać się o tym gdzie pasuję, więc bądź tak łaskawy i nie planuj mojej przyszłości mówiąc gzie mam iść a gdzie nie! Z kim mam rozmawiać, przy kim milczeć! Z kim się zadawać a kogo omijać szerokim łukiem! Myślę, że jestem wystarczająco duża, żeby sama o tym decydować! Więc jeśli będzie mi się podobało to pójdę nawet do Slytherinu! Ot co! Taki kaprys! - dokończyłam i poszłam do pociągu.

-Nie żeby coś James, ale młoda miała rację. - powiedział Chris i kładąc Jamesowi rękę na ramię dodał – Daj jej dorosnąć. To jej życie. Nie pomożesz jej jeśli ciągle będziesz za nią decydował. Czasem trzeba się sparzyć. - po czym poszedł do pociągu poszukać Lily.

-Za pięć minut odjeżdża pociąg. Też już musimy iść. - powiedziała Rose i wzięła swój kufer.

-Daj pomogę ci. Jest za ciężki.

Rose uśmiechnęła się do Albusa z wdzięcznością i podała mu kufer. Razem odeszli w stronę pociągu. Zaraz za nimi pobiegł Hugo.

-Chodź bracie. Hogwart bardzo by żałował, gdybyśmy się tam nie zjawili.- Na dwóch twarzach pojawił się taki sam uśmiech. Uśmiech prawdziwych Huncwotów.



* * *



Tata Olivii kategorycznie odmówił pójścia na dworzec. Olivia więc musiała pożegnać się z nim w samochodzie. Razem z mamą ruszyły przez barierkę. Olivia przeżyła małe deja vu, ale zaraz je przeszło. Przecież to niemożliwe, żeby gdzieś już to widziała, prawda? Rozglądnęła się ponownie. Tu było cudownie! Wszędzie tyle ludzi – dzieci, młodzież, dorośli. W dodatku zawsze marzyła żeby jechać takim pociągiem. Uściskała mamę.

-Bądź grzeczna. I pamiętaj, żeby do nas pisać. Uważaj na siebie kochanie. - powiedziała Eleonora.

-Mamo ty płaczesz?

-Tak skarbie, chyba tak. Idź już, bo się spóźnisz. - mama uśmiechnęła się przez łzy.

-Dobrze mamo. Kocham cię. - powiedziała dziewczyna po czym wzięła kufer do ręki i odeszła w stronę pociągu.

-Ja ciebie też skarbie. Ja ciebie też. - powiedziała cicho pani Gastrenge i udała się w przeciwną stronę. Musiała załatwić kilka spraw, zbyt długo to odkładała.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz