Listopad
nigdy nie należał do najciekawszych miesiąców w Hogwarcie.
Dopiero pod jego koniec miał odbyć się mecz quidditcha, w planach
nie było żadnych uczt, czy imprez. Nie było żadnych dłuższych
weekendów, ani ferii. Toteż nikt nie spodziewał się po tym
miesiącu nie wiadomo czego. (No może oprócz kilku żartów Jamesa,
Freda i Chrisa.) A w szczególności konferencji prasowej.
Dziewczyny
zaraz po powrocie z błoni, razem z Rose zaczęły przegotowywać się
na konferencję. Mówiąc tu przygotowywać mam na myśli oczywiście
stroić...
-Czy
to konieczne? - spytała Rose?
-Tak!
Poczekaj już ci pomagam. - powiedziała Olivia. Podeszła do Rose i
upięła jej włosy w pięknego koka. - Lily co myślisz?
-Bosko!
Tylko trochę mało Rosowiato.
-Rosowiato?
Lily mistrzynią słowotwórstwa. - Rose przejrzała się w lustrze.
- podoba mi się.
-I
bardzo dobrze. Masz fajne włosy, nie to co moje. - westchnęła
Olivia, biorąc do ręki kilka swoich loczków.
-Nawet
tak nie mów! Moje loki w porównaniu do twoich... To nawet nie loki,
to kołtuny. Sama nie wiem co to jest. No i twoje włosy są dwa razy
dłuższe.
-Rosie,
twoje włosy są piękne. Niezależnie od długości. - stwierdziła
Lily.
-Mówisz
tak tylko dlatego, że mamy ten sam kolor.
-Moje
są bardziej rude. Twoje są takie... ognistoczerwone. No i moje są
proste. Gdybym jeszcze miała zielone oczy... Niestety tylko Albus je
odziedziczył. Dobra zróbmy coś z tymi twoimi niesfornymi loczkami
Liv, bo jak jeszcze raz zobaczę cię w tej opasce to wyrzucę ją
przez okno
-Co
masz do mojej opaski? Poza tym … Liv? - Olivia podniosła braew.
-Masz
jakiś lepszy pomysł? A opaska po prostu ci nie pasuje. Przynajmniej
ta. Czekaj mam pomysł. - Lily wzięła do ręki krawat Gryffindoru.
- Rose pomóż mi.
-A
bo ja wiem... Monica mówiła na mnie Oli...Co wy kombinujecie z tym
krawatem?
-Gotowe.
Popatrz. - powiedziała Rose. Olivia spojrzała w lustro. Jej włosy
były wysoko upięte w coś na wzór koka, z którego wypadało kilka
krótszych kosmyków. Miała zawiązany krawat jak bandamkę.
-Wow...
- udało się jej tylko powiedzieć. - A ty, Lil?
-Zostawię
je tak jak są. - powiedziała, przeczesując ręką włosy. - Rose,
co ty robisz? - Obie popatrzyły na Rose, która aktualnie wyrzucała
wszystko z szafy.
-Szukam
czegoś do ubrania, co nie byłoby swetrem od babci Molly. Wątpię,
żeby stroje naszej kadry były już skończone.
-Przydałyby
się Victorie i Dominique. - jęknęła Lily zbliżając się do
szafy.
-Nie
marudź, tylko szukaj. Mamy tylko godzinę... - powiedziała Olivia
zanurzając się w tonie ciuchów.
*
* *
-Dziewczyny
powinny być pięć minut temu... Zaraz zaczynamy. - powiedział
Albus, patrząc na zegarek. Od dziesięciu minut siedział razem z
Jamesem i Scorpiusem na kanapach przed Wielką Salą, która został
przemeblowana na czas konferencji. Ci ostatni nie byli zbyt
zadowolenie ze swojego towarzystwa.
-To
są dziewczyny, czego się spodziewasz. Nie znam żadnej, która
przychodzi punktualnie, zawsze muszą się przygotować. - stwierdził
James ziewając.
-Śpiący?
Dopiero dochodzi czternasta... - zdziwił się Albus.
-Ty
nie balowałeś wczoraj całą noc... - powiedział James. Albus
spojrzał na Scorpiusa. Ten tylko wywrócił oczami.
-Tak
się składa, że balowałem. Scorpius też. Poważnie człowieku,
nie wiem jak ty to robisz, że wiecznie jesteś niewyspany.
-Co
robiliście na imprezie gryfonów? - spytał James krztusząc się...
chyba śliną. Ewentualnie poziomem swego ego.
-To
co się zwykle robi na imprezach... tańczy, pije, żartuje, podrywa
siostry i kuzynki swoich wrogów... - w tej chwili James rzucił się
na Scorpiua.
-Tylko
żartowałem! - krzyknął Scorpius blokując cios. - Opanuj się
człowieku, bo nie wyjdziesz na zdjęciach!
I
w takiej sytuacji zastały ich dziewczyny. Popatrzyły na Jamesa i
Scorpiusa bijących się na podłodze i na Albusa, który wzruszył
ramionami i wrócił do czytania jakiejś gazety.
-To
takie normalne... - westchnęła Rose.
-Szczególnie
u nich. - dodała Lily.
-Nie
chcę wam przerywać, ale konferencja się zaczyna. - powiedziała
Olivia, patrząc na otwierające się drzwi Wielkiej Sali. James i
Scorpius wstali, poprawili koszule i fryzury, spojrzeli na siebie
wrogo i weszli do środka. Zaraz za nimi podążyła reszta kadry.
*
* *
Zaraz
po wejściu do pokoju Lily rzuciła się na łózko. Za jej
przykładem poszła Olivia, a Rose zamknęła się w łazience.
-Ominęła
nas kolacja. - westchnęła ruda. - Nie myślałam, że to potrwa tak
długo. Która w ogóle jest?
-Dwudziesta
druga. - Olivia ukryła twarz w poduszce. - Siedzieliśmy tam osiem
godzin. Po połowie już nie wiem co mówiłam. Nie zdziwię się,
jeśli opowiadałam jakieś głupoty. - spojrzała na sufit. - Głodna
jestem.
Rose
wyszła z łazienki.
-Teraz
ja. - stwierdziła Lily zamykając drzwi.
-Jak
się czujesz? - spytała Olivia Rose.
-Jak
ktoś, kto w tej chwili nie ma chyba nic do ukrycia. Aż się boję,
co będzie, gdy opublikują to w gazetach.
-James
będzie zadowolony. Czuł się jak ryba w wodzie. Scorpius zresztą
też. Albus poradził sobie lepiej niż wszyscy myśleli.
-Racja.
Zero jąkania, odbiegania od tematu. Stuprocentowa pewność siebie i
przemyślane odpowiedzi. Trzeba mu pogratulować.
Godzinę
później wszystkie były wykąpane, przebrane i... głodne.
-Macie
ochotę na wizytę w kuchni? - spytała Lily z szatańskim uśmiechem.
*
* *
-A
co jak nas złapią? - spytała szeptem Rose.
Szły
korytarzem, który był oświetlony tylko jej różdżką. W dodatku
już trochę zmarzły, bo wyszły w samych piżamach i z mokrymi
włosami.
-Wtedy
zostaniemy złapane... - Lily po raz dziesiąty odpowiedziała
kuzynce, która zgromiła ją wzrokiem.
-Nie
martw się, nikt nas nie złapie. - Olivia spojrzała na mapę.
-Czysto?
-spytała Lily. Ciemnowłosa kiwnęła głową. - No to idziemy.
Lily
połaskotała gruszkę, która zachichotała i odsłoniła przejście
do kuchni. Zaraz obległy je skrzaty, proponując różne pyszności.
-Czy
one pracują 24 na dobę?! To przecież niezgodne z zasadami BHP! -
oburzyła się Rose, która, bądź co bądź, była wychowywana
przez Hermionę.
-Patrz
Scor kto przyszedł. - dziewczyny dopiero teraz zauważyły Albusa i
Scorpiusa siedzącego przy jednym ze stołów. - Głodne?
-Ominęła
nas kolacja... - westchnęła Lily, nakładając na talerz kilka
tostów.
-Dziwię
się, że Jamesa tu jeszcze nie ma. - Rose zaczęła robić kanapki.
Olivia
milcząc usiadła obok Albusa i wzięła kilka ciasteczek.
-Grunt
to zdrowa kolacja. - powiedział Scorpius z uśmiechem.
-No
co? Dobre są. Zresztą jeszcze trochę i to będzie śniadanie, nie
kolacja. - powiedziała Olivia patrząc na zegarek Albusa.
-W
takim razie grunt to zdrowe śniadanie. - stwierdził blondyn,
rozśmieszając całą resztę.
-Co
wy gadacie jest dopiero pierwsza. Do śniadania mamy jeszcze
jakieś... pięć godzin. Masa czasu, zdążę jeszcze zgłodnieć. -
powiedział Al nakładając sobie kolejne pyszności.
Za
jego przykładem poszła także Olivia, tym razem zamiast ciastek
wzięła czekoladowy budyń.
-Mmm...
Pychota. - powiedziała oblizując się.
-I
gdzie ty to wszystko mieścisz? - spytał Scorpius. - Daj mi trochę.
Wziął
łyżkę i ukradł Olivii trochę budyniu.
-Masz
rację, dobre. - powiedział nabierając następną łyżkę.
-Ej,
ja też chcę! - powiedział Albus sięgając po łyżkę.
-To
mój budyń, spadaj! - Blondyn próbował wytrącić łyżkę
Albusowi.
Olivia
popatrzyła się na nich jak na wariatów, gdy walczyli, trzymając
łyżeczki jak szpady o jej budyń. Korzystając z tego, że zajęli
się czymś innym zaczęła jeść. Lily i Rose zaczęły się śmiać.
Skończyło się na tym, że Scor wytrącił łyżkę Albusa z jego
ręki.
-Wygrałem!!!
- krzyknął uradowany.
-W
nagrodę dostaniesz trochę budyniu. - powiedziała Olivia, śmiejąc
się.
-O
dzięki ci, moja pani! - powiedział Scorpius, klękając na jedno
kolano.
-A
ja? Walczyłem dzielnie! - powiedział Albus, klękając obok.
-Ale
poległeś. Budyń jest mój.
-To
nie fair. O pani, za ten budyń będę ci służył!
-Ale
ja będę służyć lepiej!
-Oj
no już dobrze, podzielę się z wami. - powiedziała Olivia.
Wszyscy
się roześmiali i obaj chłopcy dostali trochę upragnionego
budyniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz